sobota, 16 listopada 2013

Rozdział Trzeci.

Na początku chcę was wszystkich bardzo serdecznie przeprosić za nie dodawanie tego postu przez miesiąc. Zupełnie nie wiedziałam co napisać, ale nie miałam też dużo czasu. Jeszcze raz przepraszam i życzę miłego czytania :) Liczę na komentarze.


Dzień za dniem, a ja coraz mocniej nienawidziłam życia, a nawet nie widziałam sensu dalej go ciągnięcia.. ale nie będę się użalać nad sobą, bo trzeba sobie radzić samemu.
Poranne promienie słońca przedzierały się przez zasłonięte rolety. Budziło to we mnie jeszcze większą niechęć do wstania z wygodnego łóżka spod ciepłej i miękkiej kołdry. Zmusił mnie jednak głośny krzyk tej starej jędzy. Nie miałam nawet najmniejszego zamiaru kłócić się z nią. Po prostu zaczęłam robić wszystko, co rano robić miałam.
Kiedy kończyłam myć zęby, do łazienki weszła Mary.
- Twój brat ma bardzo wysoką gorączkę i jadę z nim do szpitala. Pójdziesz sama.
- Zajebiście - mruknęłam pod nosem.
- Dopóki mieszkasz w moim domu masz nie używać takich słów.
- Całe szczęście jeszcze tylko rok. Myślisz, że chce mi się o siódmej rano zapierdalać na nogach kilometr ? -zakpiłam.
- Nie mam ochoty dyskutować z tobą po raz kolejny. Szykuj się do szkoły i zejdź mi z oczu.
Znowu się poddała. Zawsze mnie to rozśmieszało, bo zupełnie nie umiała się kłócić.
Robiłam wszystko niezwykle powolnie. Wiązało się to ze złym humorem, ale również z moim nieuleczalnym lenistwem. Mycie zębów szło mi najgorzej. Jeszcze trochę spędziłabym tam czasu i zasnęłabym nad umywalką.  Starałam się jednak utrzymać w pozycji pionowej, co nie zawsze mi się udawało. Udało mi się jednak dotrwać do końca.
Przecierając oczy ostatni raz patrzyłam na zegarek. Dwadzieścia po siódmej - czterdzieści minut do lekcji. Miałam dużo czasu, ale znając mnie pewnie i tak się spóźnię. Postanowiłam, że to najlepsza godzina na wyjście do tej cholernej szkoły.
- Zdrowiej braciszku - powiedziałam otwierając drzwi wejściowe.
Zagapiona w ekran telefonu wyszłam z domu. Zamykając furtkę wejściową ruszyłam z jabłkiem w zębach. Ze słuchawkami w uszach i z głośną muzyką, poczułam lekkie dotknięcie w przedramieniu. Odruchowo wyjęłam jedną słuchawkę.
- Wołałem cię - usłyszałam męski głos.
- Ja pierdole. To znowu ty.
- Widzę, że odwzajemniasz mój entuzjazm.- zaśmiał się.
- Czego ty w ogóle ode mnie chcesz ? - zapytałam ruszając przed siebie.
- Pogadać.
- O czym ?
- O tobie. O twoim zachowaniu, charakterze.
- Ty na serio ? - wyśmiałam go.
- Nie żartowałbym o tobie - złapał mnie za dłoń.
- Puszczaj mnie ty niewyżyty seksualnie dzieciaku. Nie jestem dziwką. - wyrwałam się gwałtownie.
- Chyba źle się zrozumieliśmy.
- Mama nie pozwala ci chodzić do klubu, to znajdujesz sobie przypadkowe dziewczyny w szkole ? Powiem ci coś, Luke. Nie ma tu dla ciebie miejsca.
- Dlaczego ? - zapytał nie wzruszony.
- Ty nic nie rozumiesz. - zatrzymałam się. - Posłuchaj chłopaczku. W tej szkole albo kopiesz innych, albo inni kopią ciebie. Wybieraj.
Nie chciałam już go widzieć. Po jaką cholerę on do mnie przychodził. W ogóle skąd on ma mój adres ? Zresztą nieważne. Jedynym teraz moim zadaniem, było jak najszybsze dotarcie do szkoły i unikanie Luke'a. Nie wiem czy będzie to łatwo, bo ten gówniarz jest wszędzie, nawet w moich snach. Zaczynam się go bać. A co jeśli jest jakimś psychopatą ? A co jeśli jest jakimś walniętym pedofilem ? W mojej rodzinie i tak już dużo się działo, a do tego jeszcze Tyler. Na sto procent się rozchoruje. Nie potrzeba mi więcej kłopotów.
Najgorszy z koszmarów się spełnił. Historia. Nienawidziłam jej od czwartej klasy szkoły podstawowej. Jedynym plusem było to, że będę miała 45 minut na odespanie nie przespanej nocy.
- Aradia Manuela Jimínez - usłyszałam głośny krzyk. Gwałtownie się przebudziłam.
- Co ? - odpowiedziałam przecierając oczy.
- Co ? Ty się jeszcze pytasz co ? Na mojej lekcji historii nie dopuszczane jest spanie. Jimínez ! Do dyrektorki. - stary profesor założył okulary na nos i spojrzał w dziennik. - Brooks. Dopilnuj, żeby tam dotarła. 
- Ale proszę prana ! Pójdę, ale nie z nim ! - podniosłam ton głosu.
- Nie ma żadnego ' ale '. 
Spakowałam w najszybszym tempie książki do plecaka i wyszłam trzaskając drzwiami.
- Poczekaj. Czemu nauczyciel nazwał cię Aradia Manuela Jimínez ?
- Możliwe, że się tak nazywam.
- To czemu wszyscy mówią na ciebie Abby ? - spytał.
- Od małego nie lubiłam tego imienia. Kazałam na siebie mówić po prostu Abby.
- Jak chcesz, ale Aradia też jest ładne.
- Dzień do.. To znowu ty Abby. - usłyszałam otwierając drzwi.
- Dobry. - powiedziałam obojętnie rzucając plecak w róg i siadając, jak u siebie w domu, na fotelu przed biurkiem.